Slow life

Warsztaty Łódzkiego Szklaku Kobiet

W 2021 roku brałam udział w warsztatach Łódzkiego Szklaku Kobiet.

Zajęcia prowadziła dziennikarka Joanna Sikorzanka. Podczas zajęć poznawaliśmy m.in. o historii łódzkiego getta. Przygotowywaliśmy teksty poświęcone łódzkim, bądź związanym z Łodzią, kobietom – pisarkom, poetkom, Żydówkom. Z poleconych nazwisk moją uwagę zwróciła Chava Rosenfarb i jej powieść: „Między miasteczkiem i Łodzią. Opowieść o miłości”. Zwieńczeniem pracy na warsztatach była prezentacja naszych tekstów pod redakcją Joanny, które miały zostać opublikowane w na stronie Łódzkiego Szlaku Kobiet. Miały być także pomocne podczas spacerów organizowanych przez ŁSzK, które trwają do dziś.

Dlaczego ta kobieta i taka opowieść? Bo wiąże się z przemysłową historią Łodzi, z którą poniekąd jestem związana.

Dziś, kiedy dopracowuję własną powieść o projektantkach mody, która ukaże się jeszcze w tym roku nakładem wydawnictwa Moc Media, te warsztaty i przytoczony tekst ma szczególne znaczenie. Bowiem w naszej codzienności nadal przez marki odzieżowe tworzone są mroczne historie związane z przemysłem modowym. Szkoda, że historia lubi się powtarzać…

Zapraszam do krótkiej, wspomnieniowej podróży.

Bawełniana włóczka miłości Chavy Rosenfarb

„Stojąca twardo na ziemi Łódź snuła swoje marzenia. Syreny fabryczne, niczym na statkach, każdego poranka budziły miasto swoim przeciągłym rykiem, wzywając mrówki – tysiące robotników – do pośpiechu, po czym napełniały nimi otwarte pyski bram ceglastych monstrów, które połykały wszystkich…”

Chava Rosenfarb, pierwsza córka Simy, robotnicy z jednej z łódzkich fabryk włókienniczych w latach 20. XX wieku i Abrahama, kelnera żydowskiej restauracji mieszczącej się na ulicy Piotrkowskiej, opisywała swoje rodzinne miasto w opowieści  „Między miasteczkiem i Łodzią”. Rodzice, którzy wydali na świat jedną z najważniejszych pisarek jidysz, mogli być z córki dumni, bowiem już jako nastolatka pisała wiersze i przejawiała talent literacki. Jej twórczość docenił Mojżesz Broderson, poeta, malarz i rysownik żydowskiego pochodzenia. Prowadził awangardową grupę literacką Jung Jidysz i zachęcał Chavę do dalszej pracy. Jako niespełna siedemnastoletnia dziewczyna z rodziną i pozostałymi członkami żydowskiej społeczności trafiła do łódzkiego getta. W tamtej chwili „naprawdę zaczął się koszmar jej młodości” i postanowiła, że jeśli go przeżyje, napisze o tym powieść. Spełniła swoją obietnicę wiele lat później. „Drzewo życia” stało się przejmującą trylogią, skupioną na pobycie w łódzkim getcie.

Dos ejberszte klejd fardekt di unterszte lejd

Łodzianki, po 1918 roku i nabytych prawach wyborczych wykazywały inicjatywę do działania. Wiele z nich, bez względu na status społeczny, zarówno nauczycielki, multimilionerki – żony łódzkich fabrykantów, z własnymi warsztatami rzemieślniczymi, jak i robotnice, szwaczki, hafciarki, nuperki czy sztoperki, łączyło jedno. Potrzeba bycia atrakcyjną. Chęć dobrego wyglądu, dbałości o siebie i prezentowania się z jak najlepszej strony stawało się codziennością, w której za pośrednictwem ubioru, kobiety ujawniały przynależność do jakiejś grupy, albo manifestowały indywidualność.

„Wygląd był ważny w Łodzi, ba, nawet w Bocianach” – wspominała Binele, główna bohaterka opowieści – obowiązywało przysłowie „Dos ejberszte klejd… – zewnętrzna suknia zakrywa ukryte cierpienie”.

Trzymała się tej zasady:

nieważne, czym lub kim się jest – ważniejsze jest wrażenie, jakie się robi na innych tym, jak się wygląda…Te właśnie suknie miały ją doprowadzić do prawdziwego bogactwa”.

To smutny, aczkolwiek prawdziwy obraz tamtych czasów. Kobieta, starająca się o pracę w jednej z łódzkich fabryk, przyglądała się w lustrze okna wystawowego na ulicy Piotrkowskiej i

„dostrzegła całą swoją brzydotę, niedbałą spódnicę z tysiącem zaciągnięć, z obszarpanym brzegiem, rozpiętym watowatym żakietem, w którym z każdej dziury wystawała wata jak wywalony biały jęzor.”

„Była przecież marzepą {brzydką kobietą}, tłumnie spacerujące tu dziewczęta były tysiąc razy piękniejsze i bardziej eleganckie”.  

Nie miała pięknych strojów, a kuszona widokami zza szyby: „chciała być panią swego losu, chociażby po pracy”. Uparcie wierzyła, że praca w fabryce pozwoli jej zmienić życie, zostanie prawdziwą łodzianką przyodzianą w chustę. Wyobrażała sobie:

że ma na sobie każdą z tych pięknych sukienek, które widziała na wystawach. To te wystawy przyciągały jak magnes, napawały oczy widokiem sukien, torebek czy butów”.

Zdobywając wymarzoną pracę mogła kupić sobie, wreszcie, za zarobione pieniądze, znoszoną spódnicę. To uczucie otwierało przed nią świat, pobudzało wyobraźnię i nadzieję. W marzeniach pojawiał się kolejny wizerunek kobiety w lustrze, w białej haftowanej bluzce z falbankami pod brodą, może czepkiem, jaki noszą kobiety w szabas.

Bohaterka opowieści Chavy Rosenfarb poznała pięknego Mojszego, który

wyglądał jak królewicz czy jakiś pan z bogatego dworu”,

wtedy:

Binele też wyróżniała się z otaczającej szarości swoim wyglądem – postawą, prostymi plecami, świeżą cerą i zdumiewająco bystrym okiem, odważnym spojrzeniem jasnych oczu.”

Kreowanie siebie

Mężczyźni również nie pozostawali obojętni na strój. Wspomniany wyżej Mojsze:

lubił się stroić, błyszczeć odrobiną kolorów w szarości fabrycznego życia. Lubił obserwować, jak rozjaśniają się oczy tych, którzy na niego patrzą. Wiedział, że swoją elegancją sprawia radość nie tylko sobie.”

Dla Binele stawało się jeszcze bardziej oczywiste:

że ta cała sprawa z wyglądem zewnętrznym to faktycznie tylko rodzaj teatralnej gry, że trzeba się nauczyć „rozbierać” ludzi, jeśli chce się poznać, kim są naprawdę. To samo jest z manierami, sposobem bycia innych. Można się było zachowywać bardzo pewnie siebie, robić wrażenie osoby, która zjadła wszystkie rozumy – zupełnie jak ona, a w środku czuć się bardzo niepewnie.”

„Między miasteczkiem i Łodzią” Chava Rosenfarb napisała na prośbę czytelników. O Łodzi i Bocianach [tak nazywała miejscowość Końskie, z której wywodzili się jej rodzice]. Być może historie w niej zawarte poznała z ust matki lub innych bliskich osób. Czas I wojny światowej, głodu, trwogi i smutku, tudzież zagłady towarzyszył powieści. Ważna była również miłość, która, pomimo trudności, rodziła się w ludziach, dawała nadzieję i siłę. Wizerunek, o którym wiele pisała autorka, odzwierciedlał w powieści psychologiczną potrzebę kobiet bycia zauważonymi – w tłumie szwaczek, z którymi pracowała czy to matka czy Binele. Chava poruszyła też aspekt poznawania samego siebie. Czy w życiu chodzi o wybieranie takich strojów by podobać się innym? Czy może kreowanie kobiecego wizerunku powinno sięgać do naszego wnętrza?

„Nikt mnie naprawdę nie zna. Nikt nie wie, co się gotuje w moich garnkach. Nikt mi nie pluje w kaszę i nie udziela rad, nie mówi swojego zdania. I dopiero w ten sposób, rozumiesz, mogę czuć się zjednoczonym ze wszystkim, co znajduje się we mnie i dookoła mnie. Widzisz, człowiek musi mieć własną skórę, która będzie go oddzielała, wyróżniała w jego niepowtarzalności. I tak samo powinien mieć swoje cztery kąty, drugą skórę, którą może oddzielić się od swojego sąsiada… –  dzięki temu mogę nawiązać lepszą relację z Nim.”

Kobiety odziane w miłość

W obecnych czasach ubrania są w zasięgu ręki, nie trzeba o nie walczyć, ani z zażyłością sięgać po nici i igły,by cerować każdą, nawet najmniejszą dziurę. Opowieść Chavy pokazuje, że kiedyś strój miał o wiele większe znaczenie. Stanowił podwaliny życia w trudnych czasach, w których kobiety zmuszane – wpierw do ciężkiej pracy, potem do życia poniżej ludzkiej godności – nadal chciały pozostawać pięknymi, dbającymi o wizerunek. Dla Chavy Rosenfarb kawałek materiału, w który odziewamy się po dziś dzień, stał się idealnym motywem do głębszej analizy:

„Sukienka dla mojego dziecka”

Uszyłabym ci sukienkę, moje dziecko,

Zrobioną z tiulu w radosnej wiosennej zieleni,

z przyjemnością ukoronowałabym twoją głowę diademem

z najbardziej słonecznych uśmiechów, jakie kiedykolwiek widziano.

 

Dopasowałabym twoje stopy w parę

kryształowych, lekkich butów gotowych do tańca,

i pozwoliłabym ci wyjść z domu w bukiecie,

obietnicyświatła różu i błękitu.

 

Ale na zewnątrz jest zimno i ponuro, moje dziecko;

swawolne wiatry czyhają nieokiełznane i dzikie.

Rozerwą sukienkę radości na strzępy

Więc może powinnam uszyć dla ciebie szatę, moje dziecko,

z płaszcza mojego staromodnego bólu

Jedyną rzecz, którą mogę uszyć dla Ciebie, moje słodkie, moje złote dziecko,

to bawełniana włóczka z miłości, którą przechowuję

w moim sercu…”

 

[Wiersz pochodzi ze strony: https://www.tabletmag.com/sections/arts-letters/articles/holocaust-poetry-saved-again – tłum. własne; fotografie użyte na stronie są autorstwa Elżbiety Zborowskiej]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.